-
- O swojej młodości
i zamążpójściu tak pisze Michalina Borodej:
- "...panny
utrzymywały się w cnocie i szóste przykazanie Boże w swych
sercach zachowywały. Bo biada tej, która by zgrzeszyła,
utraciwszy swój wianek, pomijano ją z wielkim wstrętem, bo hańbę
i wielki wstyd przyniosła rodzinie. Każdy kawaler, wiedząc o tejże
wszystko, za żonę brać już jej nie chciał.
- W karnawale
odbywały się zazwyczaj wesela, a nie zdarzało się, by kto żył
na "kocią wiarę", bo by ksiądz zaraz wykrzyczał z
ambony, co przeważnie wielki odnosiło skutek. Toteż rzadko
spotykało się małżeństwa nieślubne, a i tym samym o rozwodach
nie było mowy.
- Przed wojną
panny, wychodząc za mąż, zazwyczaj szły "za synowe" i
dobierano się przeważnie w ten sposób, aby panna miała w posagu
przynajmniej choć jeden hektar ziemi, krowę lub cielę. Kawaler zaś
najlepszy był, gdy był jedynakiem: taki to mógł sobie wybrać
najlepszą pannę we wsi. Lecz jeśli w domu było kilku synów, ci
musieli się najczęściej iść "w zięcie". Biada
takiemu, który trafił nierozsądnie małżonkę, która to nie
potrafiła często do trzech zliczyć, a co gorsza stanąć w
potrzebie w obronie swojego męża. Bo zięć często bywał narażony
na nieprzyjemności teściów, którzy będąc sami nie bardzo mądrzy,
chcieli, aby zięć ich był idealny i "w ogóle". Synowa,
jeśli już nią była, dogadzała teściom, jak umiała.
- Dobrze było u
tych rodzin, gdzie dominowały: miłość i sprawiedliwość Boża.
Szczególnie cierpiały synowe jednak od tych swoich teściów, którzy
za wszelką cenę chcieli ster mieć w rękach swoich, nie znając
się sami na rzeczach, jak być powinno. Wybuchały wówczas swary,
kłótnie głośne na całą okolicę. więc ostatecznie odchodzili
młodzi od swych rodziców..."
- Miałam wtedy 18
lat i wyraźnie zdawałam sobie sprawę, że jestem już panienką.
Chętnie przeto biegałam na potańcówki, tam też zobaczyłam
bardzo pijanego chłopca, a mając nad nim ni to litość,
zainteresowałam się nim, bo tak naprawdę podobał mi się.
- On tymczasem mnie
nawet ani widział ani znał i nie mógł o mnie myśleć wtedy, bo
i skądże? Ja tymczasem już wkrótce o nim wiedziałam
bardzo dużo, że jest prawosławny, że ma stuletnią prababkę na
utrzymaniu, no i dużo, bo aż jedenaście hektarów ziemi! Wiedziałam,
że jest "hulaką", bo przez jedną noc przegrał byczka
rocznego w karty, a za parę tygodni dwie tony jęczmienia również
przetrwonił, i już. Mimo to wkrótce po pierwszym, przypadkowym
spotkaniu powtórzyły się następne. I kiedy mi zaproponował małżeństwo,
wyraziłam bez zwłoki zgodę, żądając, aby tylko poszedł ze mną
do kościoła, gdyż między nami jest, wiadomo, pewna przeszkoda,
innowierczość. Mój chłopiec nie przeczył, zdecydował się i
nie zwlekając zaniślim na zapowiedzi. Było to na początku 1946
r., kiedy zjawili my się na plebani. Ksiądz zorientowawszy się, z
kim ma do czynienia powiedział, że nie przyjmie na zapowiedzi, gdyż
nie wolno, bo pojedzie mój chłopiec do Związku Radzieckiego i co
będzie. Ja odrzekłam księdzu, że również z nim pojadę. Wtedy
ksiądz trzasnął drzwiami i mówić z nami nie chciał. Jeśli na
świecie jest przeznaczenie, to zapewne i tym razem dla nas było,
bo w dniu 10 października 1946 roku otrzymaliśmy ślub cywilny. Zaś
w miesiąc później był ślub kościelny.
- W dniu ślubu
cywilnego była wielka we wsi sensacja. Panny z całej wsi zebrały
się pod moją chata i śpiewały, i grały na grzebieniach, to znów
na maglownicach, bądź to odprawiały nasze wesele. Wyśmiewano nas
przy tym, że my nie będziemy brali w kościele ślubu, ale tylko będziemy
na cywilnym, ale my tymczasem, z tego nic sobie nie robili, ale gościliśmy
dwóch świadków, którzy to byli z nami w gminie dla załatwienia
formalności.
- Jak to już było
wspomniane, ślub kościelny odbył się w miesiąc potem. Kiedy
zaszłam już do męża, prababka rzekła: "pierekieda".
Myśmy na to niewiele zwracali uwagi, uśmiechając się i układając
swe życie po chrześcijańsku. Za uzbierane czepkowe kupiliśmy parę
prosiąt, ja na wiano otrzymałam od rodziców konia, a krowę miała
nasza prababka. Mając już taki inwentarz snuliśmy szerokie plany
na przyszłość."
|