Gody   #   Wielkanoc   #   Zielone Świątki   #   dożynki   #   pierzaki   #   andrzejki   #   ślub
 

O weselu opowiada Józef Antoński, urodzony w 1898 roku w położonej 20 km od Brzeźna miejscowości o nazwie Świerże. Jest to jeden z tekstów zarejestrowanych na taśmach magnetofonowych w latach 1976-1988 przez Halinę Pelcową, autorkę opracowania  pt. "Gwara Dorohuska i wsi okolicznych", zamieszczonego w monografii Dorohuska  z 2000 roku. Ilustrację stanowią fotografie ślubów, będące własnością Ewy Szymczuk,

         

 
O swojej młodości i zamążpójściu tak pisze Michalina Borodej:
"...panny utrzymywały się w cnocie i szóste przykazanie Boże w swych sercach zachowywały. Bo biada tej, która by zgrzeszyła, utraciwszy swój wianek, pomijano ją z wielkim wstrętem, bo hańbę i wielki wstyd przyniosła rodzinie. Każdy kawaler, wiedząc o tejże wszystko, za żonę brać już jej nie chciał.
W karnawale odbywały się zazwyczaj wesela, a nie zdarzało się, by kto żył na "kocią wiarę", bo by ksiądz zaraz wykrzyczał z ambony, co przeważnie wielki odnosiło skutek. Toteż rzadko spotykało się małżeństwa nieślubne, a i tym samym o rozwodach nie było mowy.
Przed wojną panny, wychodząc za mąż, zazwyczaj szły "za synowe" i dobierano się przeważnie w ten sposób, aby panna miała w posagu przynajmniej choć jeden hektar ziemi, krowę lub cielę. Kawaler zaś najlepszy był, gdy był jedynakiem: taki to mógł sobie wybrać najlepszą pannę we wsi. Lecz jeśli w domu było kilku synów, ci musieli się najczęściej iść "w zięcie". Biada takiemu, który trafił nierozsądnie małżonkę, która to nie potrafiła często do trzech zliczyć, a co gorsza stanąć w potrzebie w obronie swojego męża. Bo zięć często bywał narażony na nieprzyjemności teściów, którzy będąc sami nie bardzo mądrzy, chcieli, aby zięć ich był idealny i "w ogóle". Synowa, jeśli już nią była, dogadzała teściom, jak umiała.
Dobrze było u tych rodzin, gdzie dominowały: miłość i sprawiedliwość Boża. Szczególnie cierpiały synowe jednak od tych swoich teściów, którzy za wszelką cenę chcieli ster mieć w rękach swoich, nie znając się sami na rzeczach, jak być powinno. Wybuchały wówczas swary, kłótnie głośne na całą okolicę. więc ostatecznie odchodzili młodzi od swych rodziców..."
Miałam wtedy 18 lat i wyraźnie zdawałam sobie sprawę, że jestem już panienką. Chętnie przeto biegałam na potańcówki, tam też zobaczyłam bardzo pijanego chłopca, a mając nad nim ni to litość, zainteresowałam się nim, bo tak naprawdę podobał mi się.
On tymczasem mnie nawet ani widział ani znał i nie mógł o mnie myśleć wtedy, bo i skądże? Ja tymczasem  już wkrótce o nim wiedziałam bardzo dużo, że jest prawosławny, że ma stuletnią prababkę na utrzymaniu, no i dużo, bo aż jedenaście hektarów ziemi! Wiedziałam, że jest "hulaką", bo przez jedną noc przegrał byczka rocznego w karty, a za parę tygodni dwie tony jęczmienia również przetrwonił, i już. Mimo to wkrótce po pierwszym, przypadkowym spotkaniu powtórzyły się następne. I kiedy mi zaproponował małżeństwo, wyraziłam bez zwłoki zgodę, żądając, aby tylko poszedł ze mną do kościoła, gdyż między nami jest, wiadomo, pewna przeszkoda, innowierczość. Mój chłopiec nie przeczył, zdecydował się i nie zwlekając zaniślim na zapowiedzi. Było to na początku 1946 r., kiedy zjawili my się na plebani. Ksiądz zorientowawszy się, z kim ma do czynienia powiedział, że nie przyjmie na zapowiedzi, gdyż nie wolno, bo pojedzie mój chłopiec do Związku Radzieckiego i co będzie. Ja odrzekłam księdzu, że również z nim pojadę. Wtedy ksiądz trzasnął drzwiami i mówić z nami nie chciał. Jeśli na świecie jest przeznaczenie, to zapewne i tym razem dla nas było, bo w dniu 10 października 1946 roku otrzymaliśmy ślub cywilny. Zaś w miesiąc później był ślub kościelny.
W dniu ślubu cywilnego była wielka we wsi sensacja. Panny z całej wsi zebrały się pod moją chata i śpiewały, i grały na grzebieniach, to znów na maglownicach, bądź to odprawiały nasze wesele. Wyśmiewano nas przy tym, że my nie będziemy brali w kościele ślubu, ale tylko będziemy na cywilnym, ale my tymczasem, z tego nic sobie nie robili, ale gościliśmy dwóch świadków, którzy to byli z nami w gminie dla załatwienia formalności.
Jak to już było wspomniane, ślub kościelny odbył się w miesiąc potem. Kiedy zaszłam już do męża, prababka rzekła: "pierekieda". Myśmy na to niewiele zwracali uwagi, uśmiechając się i układając swe życie po chrześcijańsku. Za uzbierane czepkowe kupiliśmy parę prosiąt, ja na wiano otrzymałam od rodziców konia, a krowę miała nasza prababka. Mając już taki inwentarz snuliśmy szerokie plany na przyszłość."