solistki   #   zespół dziecięcy   #   sukcesy   #   "Mamciu moja..."   #   "Chrzciny"
 
„Chrzciny”
"Nadbużański Klon Zielony" z Zanowinia
(M. Bem, Wiejskie Zespoły Śpiewacze, Włodawa 1998)
 
"(Waćko (ojciec dziecka) kołysze dziecko i pomrukuje jakąś melodię. Jego żona Teklunia pierze pieluchy i wiesza na piecu. Wchodzi matka i pyta Tektunię.)
Matka: Ty już wykąpałaś małego?
Teklunia: Już mamo.
Matka: I pieluchy poprała?
Teklunia: Już poprała i powieszała.
Matka: To chodź wyciągniem płachtę, bo trzeba wymaglować, zaścielić łóżko boż zaraz przyjdo kumy i trzeba będzie zbirać się do kościoła.
Teklunia: Dobrze, mamo, dobrze.
(Wchodzi Babka Pępkowa i mówi)
Babka: Pochwalony Jezus Chrystus.
(Domownicy odpowiadają)
Domownicy: Na wieki wieków. Amen. A witajcież do nas.
Babka: Bóg zapłać.
(Babka trzyma pod pachą kurę i mówi)
Babka: Ot ja ide, a wona pód progiem i ni udgonisz jo. Ja jo złapała, bo dumam musi wona tu się niesie.
Matka: A, tutaj, wot na łóżku, w nogach.
(Matka bierze od babki kurę)
Niech, no ja nio pumacam.
(Maca kurę)
Matka: Z jajkiem, z jajkiem.
(Kurę sadza na łóżku w słomie i nakrywa przetakiem, Babka odwraca się do Matki i mówi)
Babka: Cylorko, ja wot pudumała, pójde troche raniej, to może co tobie pumoge.
Matka: Oj, dobrze babko, dobrze. Tu weźcie no syr wyduście.
(Matka kładzie worek z serem na stołku, na nim kładzie deskę, Babka siada i dusi, porusza się, aby ser się wycisnął.)
Matka: Wy tak się wircicie, choć ni bzdyknijcie.
(Babka żegna się)
Babka: O bój się Boga, ja stara ludzina, tak bym wam mogła zrobić. Oj, toż tak się nie godzi.
(Matka krząta się po chacie i mówi do syna)
Matka: Wićku, idź, no strój sanie, ponakładaj półkoszki, bo zara przyjdo kumy.
Syn: Ja już mamo naszykował sanie. Półkoszków jeszcze ni położył bo bardzo wielgi śnieg wali, jak przystanie, toj półoże.
Babka: Ile bedzie par kumów?
Teklunia: Trzy.
Babka: A chto bedzie, za tych kumów?
Matka: W pirwszej parze będzie wójt z Justymowa Ludwo, w drugiej parze Kundraszków Kacper i mujego brata Hrania, a w trzeciej parze z Tekluni rodziny, z Ostrówek. Ale oni przyjdo du kościoła i tam bedo czekać.
Babka: Cylorko, jak kumpała Teklunia małego, to jeszcze nie obleciała pępek?
Matka: Jeszcze nie, babciu. 
Babka: Oj, to pilnuj! Żeby dzie ni zgubić. Jak ubleci toj i dobrze schowaj i trzymaj do siedmiu lat. Jak jemu minie siedem lat, to daj, żeny sam ruzwiązał. Tylko ni wolno                                                                                                                               wózżynać  nożem. Niech rozwiąże sam toj i może być jakim uczonym.
Syn: Babko, i wójtem może być?
Babka: A czemże nie, ni tylko wójtem i księdzem i umetro. Oj, wszystkim może być.
Matka: Ja sama tego dopilnuje.
Syn: Oj, dupilnujcie, mamo, dupilnujcie, boż to takie ważne.
(Teklunia zaściela stół, matka krząta się po domu)
Matka: Babciu, może syr ruzwiercicie?
Babka: Oj, ruzwierce.
(Siada babka na ziemi, bierze makutrę między nogi, matka wrzuca do makutry ser, dolewa śmietany, podaje babce wałek. Babka wierci ser. Matka dalej krząta się koło kuchni, szykuję kapustę. Babka chce zobaczyć czy już ser rozwiercony. Bierze wałek z makutry i liże językiem)
Babka: Cylorko, już temu syrowi hola.
Matka: Oj, tu już wstawajcie, a ja makutre pustawie oździeo na stół.
(Babka wstaje z ziemi, wchodzą kumy. Pierwszy wchodzi wójt, zdejmuje czapkę)
Wójt: Pochwalony Jezus Chrystus.
Domownicy: Na wieki wieków Amen, witajcie wójcie.
(Za wójtem idzie Ludwa, za Ludwą Kacper i Hrania. Ludwa z pierwszej pary pokazuje jaką koszulkę uszyła małemu do chrztu. Kładzie krzyżmo obok dziecka, aby nie zapomnieć. Teklunia bardzo rada, że dziecko ma ładną koszulkę. Babka pępkowa zwraca się do kumy Ludwy)
Babka: Czy ty uszyła koszulke zy swoi ruboty?
Ludwa: Nie babciu, z kramnego płótna. Poszłam do Liby Bymciowej i mówie: "trzeba mnie troche kramnego płótna". Ona mówi: mam ze dwa łokcie.
Babka: Ile zapłaciła za łokieć?
Ludwa: Za całyj kawałek dała dwa pudy prosa, dwa motki nici i kure. Jeszcze prusiła, żeby przyjść w szabas pudpalić ji ogień w kuchni.
Babka: Oj, bój się Boga pudpalać to nie idź. Bo to nam się ni godzi katolikom żydowi ogień w ich szabas pudpalić.
Ludwa: Jak ni wolno, toj ni pójde.
(Kumy ubierają dziecko, szykują się do kościoła. Matka trzyma w rękach uszyty mały biały fartuszek)
Matka: Weźcie ten fartuszek, za wsio na tej wielkiej figurze powieście go żeby on sie choć hudował.
Kumy: Dobrze, dobrze.
Babka: Kacperku, słuchaj no ty jak wyjedziesz za wieś, toj i nie jedź na przymiarki.
Kacper: A którędy Babko?
Babka: Na porąb.
Kacper: Na porąb, toż to trzy tyle drogi co na Przymiarki.
Babka: Tak, ale jechać na porąb, to jest trzy mosty. Jak się dziecko przewiezie przez te mosty, to ni będzie miało konklusu.
Kacper: Aha...
Wójt: Już ja im tam nakiruje Babciu.
Babka: A du karczmy tyż nie jedźcie.
Wójt: A czego to Babciu?
Babka: Bu sie napijecie, jeszcze dziecko zadusicie.
Wójt: Ni bójcie sie ni zadusim.
(Ojciec dziecka wchodzi do chaty)
Syn: Już ja konie puzaprzęgał, można będzie jechać.
Matka: Kładź małego du puduszki i zawiń sukniano chustko.
Ludwa: Dobrze bede zawijać.
Babka: Ty Teklunia jeszcze daj mu ssać.       
(Teklunia bierze dziecko na ręce, karmi, oddaje kumom, zawijają, jadą do kościoła. Matka Teklunia i Babka zostają w domu przygotowywać jedzenie)
Matka: Idź, no do komory, przynieś słuniny, trzeba bedzie nakroić, żeby było gutowe jak przyjdo. Bo tak zimno, jak przyjdo to zaraz bedziem sadowić du stołu.
Teklunia: Dobrze, zaraz pójde, tylko pieluchy zbiere z pieca żeby się nie spalili. 
(Zbiera pieluchy)
Teklunia:  - Mamo, żeby oni ni jechali do karczmy, bo jeszcze małego zmrożą.
Matka: Oj, gdzież tam zmrożą, toż wzięli największe poduszke i suknianą chustę, toj nie będzie jemu zimno. Toż tam jest Wićko, oj won będzie widział co woni robio. Idó no, idó, po słoninę, bo trzeba kroi.
(Teklunia wychodzi)               
Babka: Czy Wićko śpi razem z Teklunio?
Matka: Oj, śpi, ali w nogach. Spał pare nocy w anklirzu, ale tam mocko zimno i ja mówie kładź sie u niej w nogach. I wun tak śpi.
Babka: Oj, wisz Cyrolko, ży dokąd nie pójdzie do wywodu, toj ni godzi się spać z chłopem.
Matka: Wiem, wiem.
(Teklunia wchodzi do sieni i nasłuchuje rozmowę. Zaczęła kaszlać. Babka z matką przerywają rozmowę. Teklunia wchodzi do domu ze słoniną, zaczyna kroić, matka gotuje pierogi, babka odpoczywa. Teklunia podnosi głowę i mówi)
Teklunia: Mamo, kiedy ja pójde do wywodu?
Matka: Na szóstym tygodniu.
Teklunia: Ojo, ojo, na szóstym tygodniu? to wszystkie tak idą?  
Babka: Tak wszystkie. Nawet i Maryja tak szła. Bo po szlubie to się idzie za tydzień, a po dziecku na szóstym tygodniu.
(Matka do Tekluni podniesionym głosem)
Matka: Tekluniu pamiętaj sobie o tym, żeby ciebie Wićko na tym czasie ni torkał, bo ja śpie na piecu to i będę wszystko widzić.
Teklunia: Oj, dajcie temu spokój.
Matka: Wygloń czy jeszcze nie jadą.
(Teklunia patrzy w okno)
 Teklunia: Oj, jado, jado.
 (Wchodzą Kumy z dzieckiem, pierwszy wójt z Ludwą, zdjął czapkę i mówi do matki)
Wójt: Józefowo, wzięliśmy od was sokoła, a przynosim wam janioła.
Matka: Bóg wam zapłać.
(Teklunia bierze dziecko na ręce)
Teklunia: Witaj nasz janiołku. Jak oni jego nakrzcili?
Kumy: Janzylm.
Teklunia: Jak? Jak?
Kumy: Janzylm.
Teklunia: To niech bedzie Janzylm.
(Tekla bierze dziecko, rozwija i karmi. Matka zaprasza wszystkich do stołu. Goście siadają do stołu)       
Matka: Ty Wićku poliwaj wszystkim, żeby się zagrzali.    
(Wićko polewa, goście jedzą i piją, rozmowa coraz głośniejsza przy stole. Wójt wstaje)      
Wójt: Ja jako pierwszyj kum, naszym zwyczajem, jest zebrać dla babki piniędzy.  
(Kładzie pierwszy 5 złotych rubli. Babka ma na szyji woreczek, wszyscy goście rzucają pieniądze do woreczka)
Matka:  Jedzcie i pijcie. A ty Wićku polewaj gościom. Bo jak by żył mój  Wicio, toż by on się cieszył.
(Zaczyna popłakiwać)       
Babka: Oj, Cyrolko, nie płacz. Nie był twój taki święty. Ni raz, ni dwa gnałaś go z karczmy. A i do Jagienty chodził zawsze. I nie raz to zboże Wynosił, sama widziałam.
(Matka podniesionym głosem)
Matka: Oj, widzieliście babko, wy to i umarłym nie dajecie spokoju. A siebie to ni widzicie jakie to wy.
Babka: A jaka to ja?
Matka: Jaka? Mówiła Kurzelicha, że widziała jak was niós Hermanów Staszko na plecach do bobu. Toj i na pewno wy byli pijane.
(Babka żegna się)
Babka: W imię Ojca, ja była pijana? Toż  to tyle śniegu, ży nie dam rady chodzić, toj i mnie czasem biero na plecy i podnoszo troche. Jak wasz Wicio mnie prowadził, to ja tak się zadychała i wun wzioł mnie na plecy. Idziem i on nie da już rady. To ja mówie stań no kula płota. To wun stanął, mówi do mnie: wy babko stańcie na żyrdce ja stanęła, a on krzyczy: oj babciu trzymajcie się mnie za kark, bo to ni płot tylko studnia, Ot i takie to moje pijaństwo.   (Kum Kacper zawołał)
Kacper: Baby śpiewać, bo to krzciny
(Kumy śpiewają)
Oj, kumciu, lubciu dobra gorzałka
Będziemy pili do poniedziałka
Un puniedziałka, oj jaż du środy
choć kieliszeczkiem, toj zamiast wody.
Oj, kumciu, moja kumciu, pokumaliśmy się.
Oj, wlazł kogut na ogród, pogniewaliśmy się.
Babka: Ja już pujde do domu, dokąd widno, bo jak się ścimni, to jeszcze zabłądze.
(Babka wstaje od stołu, żegna się ze wszystkimi. Matka daje jej gościńca)
Babka: Zostań z Bogiem.
Matka: Niech Bóg Prowadzi.
(Reszta gości kończy biesiadę, żegnają się i wychodzą do domu)
Wićko: Bóg wam zapłać, żeście do nas przyśli.
KONIEC"