biografie   #   wiersze   #   proza   #   bajki i legendy   #   zagadki i fraszki 
 
Gdybym uczucia swoje miała jedynie i tylko dla siebie, byłabym jak kłąb uwięziony w worku, który z biegiem czasu stałby się nieużyteczny i nikomu nieprzydatny. Zdaję więc sprawę z powyższego, mimo to, pamiętnika nie piszę zbyt z przyjemnością, gdyż w dzienniku można się obejść bez jakichkolwiek morałów, gdy tymczasem obowiązek sumienia nakazuje mi spłacić dług wobec Tego, który mię stworzył, który rzekł "Co jest cesarskie oddaj cesarzowi, a co jest Boskie, oddaj Bogu". 
Powyższymi słowami  Michaliny Borodej rozpoczynamy prezentację jej kilku opowiadań:
"Żydzi, wyznawcy zakonu mojżeszowego" - fragmenty
...Przed drugą wojną światową w Polsce Żydów było bardzo dużo. W miastach i miasteczkach oraz wioskach osiedlali się oni masowo, rozwijając swoje rzemiosło na szeroką skalę. Byli bogaci i biedni, a rodziny żydowskie często liczne, a jeśli rzec, to mnożyły się jak, nie mówiąc, króliki. Lecz wszystkie były syte, ponieważ w rodzinach dominowała miłość Boża, jaka była zawarta w dziesięciu Bożych przykazaniach, jakie sam Mojżesz otrzymał od Stwórcy Boga Przedwiecznego na górze Synaj.
Jak już jest wspomniane wyżej, że rzemiosło kwitło i bezrobotnych przeważnie nie było wiele. Za to każdy Żyd był raczej uprzejmy w usługach wzajemnych, jak chrześcijanin tak Żyd byli dla siebie dość uprzejmi i zgodnie żyli, zarówno w mieście tak i na wsi tworzyła się „harmonija” przyjazna, bo trzeba było szewców, krawców, szwaczek itp. I właśnie najwięcej tych pożytecznych ludzi było bowiem wśród Żydów: w miastach sklepiki, sklepy oraz inne zawody, ściągali oni ludzi z wiosek, a wszystko można było nabyć za niską cenę, ba! na kredyt nawet. Na wsi, że zazwyczaj nie było wiele rodzin żydowskich, przyjaźń była dostateczna.
Śluby oraz narodziny potomka
U Żydów wolno było śluby zawierać w bliskiej rodzinie, na przykład cioteczni lub stryjeczni mogli się żenić prawnie i często tak czynili po kuzyńsku, a śluby dawał rabin na śmietnisku podobno, piszę podobno, gdyż oni się kryli przed katolikami powyższą ceremonią. Ponoć młodzi deptali szkło nogami, być może oznaczać to miało jakieś szczęście, czego dokładnie nie wiadomo.
Żydzi nie radzi byli opowiadać swych zwyczajów, pewnie żeby ich nie ośmieszano publicznie, toteż sąsiedzi – katolicy niewiele mogli się dowiedzieć coś niecoś o chrzcinach, o ślubach, czy nawet pogrzebaniu umrzyków. Wesela przeważnie odbywały się ciche, bez orkiestry. Przy narodzinach potomka bywało różnie, radośnie lub ponuro, gdyż płeć chłopca cieszyła domowników, a dziewczynki raczej nie bardzo, ale po nijakim czasie wszystko przychodziło do normy i nadal się kochali. Noworodek płci męskiej był (musiał być) obrzezany ósmego dnia narodzin i dawano mu imię, które bywało często śmieszne jak dla katolików, ot chociażby Chaimiki, Joski, Szmulki, Srutki, a dziewczynki otrzymywały imiona: Leja, Inola, Małka, Fredka, Liba, Fega, Sema i wieli innych, ciekawych zazwyczaj imion.  
W szkole, kiedy ksiądz przychodził na lekcję religii katolicką, dzieci żydowskie wychodziły z klasy na korytarz, by nie słuchać wiary katolickiej.  
Pogrzeby i kirkuty
Pogrzeby były ciche, chowano ciała bez trumien, kopano dół, na dno dołu parę desek podobno sadzano nieboszczyka w tym dole, że niby to znaczyło: jak będzie Sąd Ostateczny, to ten, co siedzi, prędzej wstanie, kiedy Anioł będzie budził z martwych. A jak niesiono do dołu na kirkuty (jest to cmentarz), uważano, by czynić to szybko i niesiono umrzyka ulicą czy uliczką, gdzie by nie było przypadkiem krzyża świętego, więc omijali krzyże różnymi dróżkami, a kiedy przypadkiem usłyszeli dzwon rozdzwoniony, to stawiali noszę z umarłym na ziemi, być może sądzono, że może ożyć nieboszczyk lub że to już Sąd Ostateczny nastał. Na groby kładziono kamień duży lub mały – duży dla bogatego, zaś mały ponoć dla biednego i oczywiście napis po hebrajsku: może imię i nazwisko?  
"Moja wieś dawniej i współcześnie" - fragmenty
Drewniane, pokryte szarą strzechą chaty, małe okienka umieszczone nad konopną przyzbą, nierzadko z kominem ze starego, dnem do góry  przewróconego wiadra, rzucały się w oczy każdemu, kto po raz pierwszy ujrzał wieś Stary Jagodzin. Droga mojej  wsi, prowadziła ze strony południowej na północ, lub  też odwrotnie, zależało w jakim kierunku ludzie zmierzali, lecz ja po raz pierwszy dostrzegłam, że przeważnie zmierzała na północ.
Z pewnością nie rozumiałam jeszcze, co było tego przyczyną, lecz wkrótce  dowiedziałam się, że ci ludzie dzielą się z najbliższymi i wyjeżdżają na „chutory’’, gdzie budują wieś nową Nowy Jagodzin. Moi rodzice pozostali na miejscu, w wiosce starej. Rok był 1929 i rodzice moi również przenieśli swoją chatę o kilkaset metrów w pobliżu rzeczki Hapki, która przepływała sobie nieco leniwie, spokojnie.
Domek nowy był również niewielki, że ledwie aby kuchenkę i pokoik w sobie mieścił, o glinianych podłogach, ale choć ciasny, za to własny, tak pomawiali rodzice i cieszyli się przy tym bardzo. Mama moja stroiła swoje mieszkanko
malując na ścianach piękne czerwoną gliną wzory. Że w domku naszym było dość schludnie, toteż bywalców nie brakowało w nim. Ojciec mój lubił bajać, różne przedziwne i nieprawdziwe historyjki, więc i młodzi i starzy doń lgnęli. Lecz nie długo się cieszyć mogli, bo oto mama wkrótce zmarła, urodziwszy nieżywe wpierw dziecko.
Śmierć nigdy nie bywa winna, więc i tym razem swą rację miała, jedno tylko, że przypisywano wielką winę babce, która się za położną być miała, i stało się to, co stać się miało. Owdowiały ojciec miał wtedy lat trzydzieści trzydzieści i nie czekał długo, ale w pięć tygodni potem ożenił się ponownie. Lecz przyznać trzeba, że z drugą żoną życie nie bardzo z początkiem mu układało się pomyślnie, druga żona była o całe dziesięć lat młodsza od ojca. Ojciec zamierzał nawet uciec do Ameryki, nad czym matka bardzo lamentowała i zawodziła strasznie. Tak było aż urodził się im syn, który jakby na uśmierzenie niezgody na świat przyszedł, co wkrótce całkiem się odmieniło i zapanował spokój w naszym domu dość względnie. W dwa lata później miałam drugiego już braciszka, a jednocześnie zajęcie, byłam, jak to mawiali o mnie - niańką i chodziłam wówczas już do szkoły. 
W szkole
Wychowawczynią moją była pani Maria Dudzianka, a uczyła ona wtedy pierwszą i drugą klasę, do której właśnie ja uczęszczałam w Jagodzinie Starym.
Nigdy chyba nie zapomnę, jak dobrą była nasza pani, toteż do szkoły chętnie się biegło i ani deszcze, czy słoty nawet, przeszkodą mi nie były, bo w szkole było miło i radośnie. Do dziś pamiętam niektóre wierszyki i piosenki, jak
np. wierszyk pt.  
„Ojczyzna twa, dziecię,
to rzędy tych chat,
gdzie mieszka  kmieć szczery, 
rodzony twój brat itd.”  
Z piosenek to mi się podobały, na przykład: 
„Od sinego rana bociany leciały,
do naszej chateńki  drogi nie widziały,
oj dana.”
A ta pierwsza czytanka! Jakiż ona miała urok, jej ilustracje, jak również wypisy, były tak piękne, że dziś, wiele bym dała za nie pieniędzy, bym tylko mogła zdobyć pierwszą czytankę. Do klasy trzeciej chodziłam już do wsi Rymacze, gdzie była szkoła siedmioklasowa. Rygor w tej szkole był jak trza. Codziennie przed lekcjami musieliśmy wychodzić parami na korytarz, gdzie odbywała się wspólna modlitwa, a po modlitwie gimnastyka co  najmniej dziesięć minut, po czym maszerowaliśmy dopiero na zajęcia.
Lekcje religii były przedmiotem obowiązkowym i odbywały się dwa razy w tygodniu, prowadził je sam ksiądz
proboszcz. Zwykle na lekcji religii siedzieliśmy bardzo cicho jak trusie lub jakby makiem zasiał, nie ważąc się pisnąć ani słówka bez potrzeby, bo ksiądz nie pobłażał nikomu, kto by śmiał zarozumiałość swą wykazać. Również
obowiązkowo należało iść do kościoła co niedzielę na mszę świętą. Więc że dyscyplina przestrzegana była raczej
z surowością, to wykroczenia zdarzały się bardzo rzadko...
 
Niedoszły kontrakt Marcina  
Dawno to było. W pewnej wiosce żyło młode małżeństwo, które w początkowym okresie swojego pożycia nie miało potomstwa. Małżonkowie pod względem dostatku materialnego dobrze się mieli, lecz czuli się nieszczęśliwi, widząc jak na podwórku u sąsiadów baraszkują dzieci, a u nich samotność i cisza. Modlili się przeto gorąco do Boga, by dał im choć jedno dzieciątko, syna koniecznie, by, jak mawiali, ród nie zaginął. I oto po kilku dopiero latach – Bóg wysłuchał ich prośby, a niemłoda już małżonka powiła upragnionego synka. Radość nieopisana była w całej rodzinie, a że byli pobożni, czym prędzej zanieśli dziecię do księdza, by je ochrzcił. Nadano mu imię Marcin, po zmarłym już dziadku, jako że dziadek był wsławiony w całej okolicy, gdyż był rozsądny i stateczny.
Imię Marcin stało się w chacie błogosławieństwem dla rodziców noworodka. Z czasem zaczęli nań wołać – Marcyś, a sąsiedzi, starsi i mali, także go tak nazywali. Rodzice byli dumni ze swego synka, mawiali : nasz Marcyś to cudowne dziecko, i mieliby może rację, gdyby nie pewna wada u chłopca. Na ile był udany i urodziwy, o czarnych, bystrych oczach, w które – w miarę jak dorastał – wszyscy się zapatrywali, tak był piękny, ale miał wadę, że miał dwie lewe ręce do roboty, i że żadna praca się go nie imała, on wolał zamiast pracować – przesiadywać – z kolesiami w karczmie przy kieliszku.
Rodzice Marcysia niewiele uwagi na to zwracali, mieli do roboty wynajętego parobka, który w polu i zagrodzie wszystkiego dopatrywał, gdy ich synek tymczasem hulał w karczmie bez pamięci – póki miał w kieszeni jaki grosz. Sąsiedzi przygadywali jego rodzicom:
- Jakubie, z waszego syna gospodarz nie będzie!
Wtedy ojciec Marcysia mówił:
- Niech tam, młody jest, za to ja miałem trudne dzieciństwo, a Marcyś niech się wyszumi.
I szumiało często w głowie Marcysiowi, aż się rodzicom zabrało do świętego Piotra, obojgu naraz. Syn został sam w chacie jak przysłowiowy kołek w płocie, do życia przyzwoitego nie przygotowany, bezradny. Cóż miał począć? Zadawał sobie pytanie wówczas, kiedy trzeźwiał. W tym kłopocie co życzliwsi ludzie poradzili mu, by jak najrychlej znalazł sobie przyjaciółkę i by się ożenił, bo wiadomo, w chacie potrzeba gospodyni, a i w zagrodzie byłoby komu obrządek czynić, ponieważ Marcyś na gospodarce nie znał się wcale.
Na drugiej wiosce była ładna panienka, że też młoda jeszcze i chociaż wiedziała, że Marcyś był niecnym hulaką, ona, Kasia (tak miała na imię), zdecydowała się pójść za mąż za tego hulakę, choć wszyscy jej w tym odradzali, to nie słuchała rad sąsiadów, i po trzeciej już niedzieli odbył się w parafialnym kościele ślub jak się należało.
Po weselu, przez niespełna kilka miesięcy, było siako - tako. Marcyś jakoś pilnował Kasi, no i koło dobytku wprawdzie chodził, ale z czasem zorientował się szybko, że przy oborze jest za ciężko, tym bardziej, że rodzice mu zostawili sporo chudoby, jak też trzody. Zaczął więc po trosze to likwidować. Mając złotówki w kieszeni, znowu coś go kusiło do karczmy, do koleżków, którzy mu przyjaźni byli (tak mu się przynajmniej wydawało).
Beztroskie życie stawało mu coraz częściej przed oczyma. Koledzy nad podziw byli przyjaźni dla Marcysia. On jako mąż i ojciec dziatkom (że też mieli ich czworo) stawał się jakiś obojętny, aż pewnego ranka rzekł do Kasi:
- Sprzedajmy Kasiu to pole za wioską, bo to i obornika nie mamy za wiele, by go wywozić.
Ale Kasia była przezorna i wiedział, o co Marcysiowi chodzi: że już w kiszeni nie ma ani grosza – z koleżkami w karczmie wszystkie się ulotniły, i dlatego tak Kasię zagadywał. Wtedy Kasia odwróciła się do Marcysia i zaszlochała głośno, wymawiając mu one pijaństwo, że jest niegospodarny, ale on nie słuchał wiele i już na drugi dzień pole za wioską sprzedał. Sąsiedzi tylko kiwali głową i uśmiechali się, widząc, jak nasz bohater od kieliszka wraca do domu jak szewc pijany! A wtedy przygadywali:
- Co Marcysiu, zaganiasz gęsie do obory? Widać ci droga wąska.
Kasia wreszcie postanowiła dom poprowadzić na własną rękę – i wzięła się za tkactwo. Całymi dniami w lecie tkała krosna ludziom, bo, nie mając już wiele pola, miała więcej czasu latem – dzieci były też większe, nie przeszkadzały w robocie tej. Zimowa porą również mogła tkać, gdyż i obrządku przy bydełku nie było wiele, została tylko jedna krowina i konik, nic więcej. Tkała więc płótna ludziom przez cały rok, jedynie dni pomijając  świąteczne. A że tkała dobrze, ludzie przychodzili nawet z dalszych stron z ofertą, i miała pracę zapewniona. A Marcyś? Cóż, z karczmy nie wychodził prawie. Koledzy przygadywali mu coraz częściej:
- Może kropniem jednego głębszego, co?  
Ale on odpowiadał przekąsem: „Nie mam śliskich” i zasypiał przy ladzie u „Herszta”. Wtedy koledzy go budzili, bo i późno bywało, a Żyd, chcąc odpocząć po dniu, równie rad był zamknąć już sklep. Kolegom nie było na rękę, bo oni się już przyzwyczaili być nocnymi bywalcami w karczmie, więc mówili:
-     Zbudź się Marcysiu, mamy dla ciebie radę.
-     Jaką? – zapytał pewnej nocy.
-     Jutro jest czwartek, możesz wyjść na rozdroża, ale po kolacji, tam przyjdzie do ciebie pan w kapeluszu i da ci pieniędzy tyle, ile zechcesz.
Słowo pieniądze ocuciły go nagle, a rada kolesiów przypadła mu do gustu, i nazajutrz już, bo był akurat ten dzień, czwartek, nie mówiąc nawet Kasi, Marcyś poszedł w określone miejsce, jak mu doradzono. Noc była bardzo ciemna i chłodna. Z początku było cicho, gdy nagle zerwał się wiatr i coś zagwizdało koło uszu „śmiałka”. Wzdrygnął się Marcyś, obejrzał się za siebie i widzi!!! stojącego przy nim osobnika w kapeluszu. Bies – przeleciał mu myśl po głowie, a mrowie  przeszło po plecach, lecz on stał jak wryty, bo nogi jakby wrosły mu w ziemię. Bies wyciągnął z zanadrza rulonik papieru, a przy tym gęsie pióro.
- Dawaj juchę – ryknął i już żądał, by umoczyć pióro we krwi Marcysia. – Podpisz cyrograf – głos miał ochrypły, nieziemski i nieludzki, a głośny jak ryk lwa. Ten głos przeniknął strasznie duszę, którą jeszcze posiadał Marcyś. 
Marcyś oblany zimnym potem czuł, że włosy mu stają dęba, że cały rośnie w górę do nieba. Uciekać! – zaświtało mu w głowie. – Uciekać!   I w tej sekundzie dał susa w bok, a zebrawszy wszystkie siły naprzód rzucił się jak strzała w stronę wioski, byle do domu, do żony, do dzieci. A kiedy tak pędził przed siebie, czuł razy na plecach i trzaski rzemiennych biczów, ze sto biczów! Myślał, że już po nim, tak mu się zdawało, chociaż się nie mylił, bo na plecach marynarka pękła od góry do dołu. On sam wpadł zziajany do izby, jak ściana blady ze strachu.
-     Jezus Maria, gdzieś był? – zapytała Kasia przerażona.
-     Nie pytaj – wyrzekł po nieco dłuższej chwili oprzytomniały nieborak.
-     A któż cię tak urządził? – zapytała Kasia.
-     Biesy – wykrztusił rozdygotany. – To one mnie tak urządziły.
-     A marynarka? Czemu od tyłu do góry rozdarta? –spytała żona.
-     Co tam marynarka, ciesz się Kasiu, żem nie zaprzedał duszy, ale ja nie kiep, żeby taki podpisywać kontrakt.
 
(Ta historia prawdziwie się zdarzyła w Jagodzinie Starym na Kresach w latach trzydziestych.)  Michalina Borodej
 
Żniwne Panny
Na ten świat Boży przyszła jako piąte z kolei dziecko. Troje pierwszych nigdy podobno nie ujrzało światła dziennego, gdyż rodziły się nieżywe. W  okolicach mówiono, że była to wina teściowej, która na porodach nie wiele się znała. Synowa, nie chcąc teściowej urazić na honorze, cierpliwie znosiła upokorzenia. Cud stał się dopiero, kiedy owej babce się zmarło i dopiero to czwarte dziecko było żywe. Wstała wtedy kobieta z łóżka, uklękła przed Madonną i dziękowała Najwyższemu za szczęśliwe tym razem rozwiązanie.
Była to dziewczynka, bardzo ładne dzieciątko, któremu na chrzcie świętym dano na imię Marysia. Jednak niedługo bawiła domowników, mając zaledwie trzy wiosny, umarła na odrę. W tym czasie było już piąte, też dziewczynka, co miało już trzy miesiące.
Zaniepokojone dotychczasowym stanem rzeczy sąsiadki poradziły rodzicom, by dziecku dać takie imię, jakiego nie ma w okolicy. Uważano, że może tym sposobem uda się je utrzymać przy życiu. Nazwano je Dorotka. Malutka ciągle płakała, a kumy mówiły, że sprawiają to nasłane płaczki, które trzeba odczynić. Matka dzieciątka płakała, również w obawie, że i to umrze. Chuchała nań i dmuchała i jakoś żyło, kołysane w kolebce z wikliny, tak długo, aż następne nadejść miało.
Dorosia, otoczona opieką płakała z byle powodu, a rodzice jej z miłości pobłażali. Kiedy miała trzy latka, mama wręczyła jej biało – czerwoną chorągiewkę, mówiąc:
- Masz Dorosiu, bo dziś święto Trzeci Maj. Takie chorągiewki mają wszystkie dzieci, nie zgub jej. 
Zanuciła dziewczynce piosenkę o majowym święcie: „Witaj majowa jutrzenko”. Ta piosenka spodobała się bardzo Dorosi i prosiła mamę, żeby zaśpiewała jeszcze, bo jest taka piękna jak cały świat. Ale radość ta trwała krótko, bo dwa lata później mama Dorosi nie żyła, zmarła przy porodzie szóstego dziecka, które też było martwe. Podobno poród odbierał pijany lekarz, ale tak miało być.
To nieszczęście przyszło w kwietniu, zaraz po wielkanocnych świętach, a mama jej miała wtedy 32 lata - i nikt już potem nie podał biało – czerwonej chorągiewki sierotce, bo jej tato nie miał czasu zajmować się Dorosią. Oddał ją babci, która mieszkała w odległej wsi. Sam załatwiał pilne sprawy, aby móc wziąć ślub, czym prędzej z panną Józią, której śpieszno było do zamążpójścia. Tak, że w sześć tygodni po pogrzebie Dorosia wróciła do domu, gdzie czekała na nią druga mama. Powstał wtedy problem, bo dziecko za żadne skarby nie chciało mówić na pannę Józię mamo. Wtedy tato prosił, Dorosię:
        - Mów, mamo, Dorosiu, bo tak trzeba.
Ciekawe sąsiadki przy każdej okazji nagabywały Dorotkę:
        - Powiedz, która mama lepsza? Tamta czy ta?
A ona grzecznie odpowiadała, że obie. Kiwały kumoszki głowami i mruczały na obchodne: „Biedna sierotka”, myśląc, że dziecko nic nie rozumie, a te słowa za każdym razem coraz głębiej wrastały w dziecięcą duszę tak, że dziś trudno je wykorzenić.
Rodzice małej Dorotki byli raczej ubodzy. Mieli trochę piaszczystej ziemi, konika i dwoje bydląt, Siwulkę i Krasulkę. Kłopot był, kto będzie je pasał. Wypadało szukać u ludzi pastuszka, ale za to trzeba było płacić, a i dać jeść „za krowami”. Pomyślano, że przecież Dorotka ma już sześć latek i z powodzeniem kij w ręku utrzyma do zawracania bydląt od szkody. Uznano, że sprawa została rozwiązana. Pastwisko było przy domu, wzdłuż krętej rzeczki, a krówki spętane nie przysparzały dziecku kłopotów. Spokojnie się pasły na zielonej trawie, żółtym mleczem przetykanej.
Tak Dorotka spędziła lato. Niby była zadowolona, chociaż czasami ckniło się jej do innych dzieci. Koleżanki nie chciały z nią przebywać na pastwisku, wolały biegać po wsi. Były wolne, one nie musiały pasać krów, bo miały przeważnie starsze rodzeństwo. Miały też mamy, które o nie dbały, a mama Dorosi spoczywała na mogiłkach.
Pogodziła się z tym dziewczynka i ciepła matczynego szukała w otaczającym ją świecie, wśród polnych kwiatów, w słodkim śpiewie skowronków i całej łaskawej naturze, której miała tyle, ile chciała. Przyglądała się nurtom rzeczki, badała jej głębokość, unosząc nieco spódniczkę, by nie zamoczyć w wodzie. Woda w tej rzeczce była tak czysta i widać było dno.
Kiedy Dorotka była wolna bo krowy były w oborze, mogła biegać z innymi  dziećmi i kąpać się w rzece. Pewnego razu o mało się nie utopiła, bo odeszła za daleko od brzegu.
Tego dnia, kiedy przydarzyło się Dorotce coś niezwykłego, słońce wstało pięknie. Zanosiło się na piękny, upalny dzień. Ludzie we wsi wcześnie wstali: kto żyw, każdy, szykował się do żniw. Wyjmowano z komórek sierpy i kosy, ostrzono je i oglądano, czy będą się nadawały do żniwowania. Ubrani w lniane, białe koszule mężczyźni w kapeluszach słomianych, zaś kobiety w chustkach chroniących głowy przed słońcem, wszyscy swe kroki kierowali ku rozległym łanom żyta i jęczmienia, pokrzykując głośno "Pójdź żąć!" Poszli więc wszyscy, zabierając ze sobą całe rodziny. Szły starsze i młodsze dzieci. Niesiono kołyski i drążki, by ustawić je pod kopkami żyta, by malutkie miały gdzie spać otulone płachtami od słońca i komarów. We wsi jedynie starcy zostali i ci, co na polu nie byli przydatni.
Dorotka w tym dniu też została w domu, bo jako pastuszka musiała o dziesiątej zagnać bydełko do obory, więc do trzeciej po południu miała sporo czasu. Czuła się gospodarna i odpowiedzialna, pomyślała sobie, że dobrze zrobi, jeżeli napoi krowy po obiedzie. Chociaż krowy nie były spragnione, do woli piły wodę z rzeczki. Dorotka przegoniła je na podwórko sąsiada, obok studni z żurawiem było korytko z wodą.
U sąsiadów był sędziwy dziadziunio, który w tym samym czasie stał na podwórku, myśląc, czemu w tej obiadowej porze siedmioletnia Dorosia zagania bydło na jego podwórze. Staruszek był jednak wyrozumiały i nie zganił dziewczynki. Studnia sąsiadów stała blisko gościńca, oddzielona tylko płotem z łoziny.
Na niebie nie było żadnej chmurki, żadna muszka nie zakłócała tej błogiej chwili, kiedy Dorotka ujrzała coś niezwykłego. Drogą szły obok siebie trzy dorodne panny, wysokie, równe, jednakowo ubrane siostry. Na głowach miały białe chustki zawiązane pod brodą, szły raźno drogą od strony północnej - na południe. Nie rozmawiały ze sobą, ani nie odzywały się do stojących na podwórzu staruszka i Dorotki, tylko w jednej chwili - odruchowo, zwróciły razem wszystkie trzy głowy i z miłym uśmiechem, przyjaźnie, spojrzały w stronę stojących, same nie przystawały absolutnie. Dziadziunio wyjrzał za wrota, ciekaw, kto to był, a Dorosia obawiała się, że jeśli odejdzie od bydląt, one mogą coś narobić, bo było bardzo gorąco w tej porze. Zaciekawiona jednak zapytała dziadziunia:
- Kto to był dziadziuniu?
Ale starzec nic nie rzekł, a ona już więcej o nic nie pytała. Kilka kroków od tego miejsca płynęła rzeczka Hapka, za rzeczką był cmentarz, tor kolejowy, a za torem wieś Rymacze, gdzie był kościółek. On jest do dziś, choć bardzo skrzywdzony! Tam szły trzy prześliczne panny. Staruszek ów, świadek tego zdarzenia, po przesiedleniu niedługo potem zmarł we wsi Turka i pochowano go na cmentarzu w Dorohusku. Po tym zdarzeniu, mimo że upłynęło dziesięć lat, Dorotka nigdy nie  miała okazji jeszcze raz zapytać tegoż staruszka - może by coś był o tym wspomniał. Pozostało niejasne dla Dorotki, czy dziadziunio widział panny z odległości i kiedy mu one zniknęły z oczu, przecież droga prosta była na południe. Zauważyła, że sędziwy staruszek był bardzo przejęty tą zjawą, bo kurczowo trzymał w rękach czapkę, którą przedtem miał na głowie.
Dorotka żyje do dzisiaj i po prawie sześćdziesięciu kilku latach wraca myślami do tego dnia upalnego. Chociaż w rzeczywistości to jej imię inaczej brzmi, ale historia jednak jest w całości prawdziwa. Bohaterka tej relacji wierzy i jest pewna, że widziane przez nią trzy panny to były trzy córy świętej Zofii, błogosławione patronki ludzi dobrych serc: Wiara, Nadzieja i Miłość.
 
Powyższe opowiadanie jest (prawdopodobnie) opowieścią Michaliny Borodej o autentycznym zdarzeniu z jej dzieciństwa.