Pan Henryk Klimek zdecydował się opowiedzieć nam swoją wojenną historię. Składa się ona z trzech części. Każdą część możesz przeczytać albo zobaczyć na żywo.



Pan Henryk Klimek

Urodził się 22.05.1933 r. w byłym województwie toruńskim. W dzieciństwie więzień obozów hitlerowskich. Studiował filozofię, psychologię i teologię. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jako radca prawny publikował artykuły na temat prawa pracy. W konkursie „Literacki start Koszalin 2005” uhonorowany wyróżnieniem w kategorii poezji. Autor popularno-naukowego opracowania: „Problem pochodzenia człowieka” i wydanej w 2001 roku w Toruniu książki: „Zrozumieć i wierzyć bez dogmatu” - o filozoficzno- światopoglądowej treści, dającej motywację do radosnego życia w godności. Za wspomnienia „Czas utraconego dziecinstwa (1939- 1945)” otrzymal w 1999 roku w Warszawie wyróżnienie w konkursie ogólnopolskim „Moje wojenne dzieciństwo”.































Zobacz wywiad

„Nazywam się Henryk Klimek, pochodzę z okolic Wąbrzeźna, z Pływaczewa. Pochodzę z licznej rodziny - było nas sześcioro, ja czwarty z kolei. Mój Ojciec, Władysław Klimek, był posłem na Sejm II RP, powołano go w roku 1938. Z Mamą posiadali gospodarstwo rolne.

W 1939 r., kiedy wybuchła II wojna światowa, miałem zaledwie 6 lat. 2 września 1939 roku mój Ojciec udał się na nadzwyczajne obrady Sejmu, jednak kiedy się one skończyły, powrót Ojca nie był możliwy, gdyż wszystkie tory kolejowe zniszczono; Ojciec wrócił chory po ponad miesięcznej tułaczce. Leżał długo, był intensywnie leczony, a kiedy czuł się już jako tako, postanowił pomóc Mamusi przy gospodarstwie, jednak nasz niemiecki sąsiad, Karl Struwe, który upatrzył sobie nasze gospodarstwo dla swojego syna, zaczął już wprowadzać „niemieckie porządki”. Niemcy założyli swoją organizację - „Selbstschutz”, w polskim tłumaczeniu „Samoobrona”, tak jakby chcieli sami bronić się przed lokalnymi Polakami, jednak w rzeczywistości była to zbrodnicza organizacja, której Hitler powierzył rozprawienie się z polską inteligencją w pierwszych trzech miesiącach wojny. Kiedy ojciec czuł się już dość dobrze, przyszedł po niego Struwe z dziewięcioosobową grupą członków niemieckiej „Samoobrony”, by zgłosił się do Wąbrzeźna na przesłuchanie do Gestapo. Mamusia bardzo się zdziwiła i następnego dnia poszła do Tatusia do więzienia. Nie wpuszczono jej na teren więzienia, dlatego rozmawiała z Tatą przez okno. Ojciec prosił ją, by zapytała znajomych Niemców o pomoc. Niestety, wszyscy, z którymi przed wojną byliśmy w dobrych stosunkach, odwrócili się od nas, nie pomogli. Mamusia chodziła wszędzie i pytała, co z Tatą. Powiedziano jej, że wyjechał do Niemiec na roboty. Pewnego dnia Mamusia poszła nawet do szefa niemieckiej „Samoobrony” z pytaniem, czy to nie kłamstwo, czy nasz Ojciec rzeczywiście wyjechał na roboty do Niemiec? Ten w złości odpowiedział: „Ich habe das gemacht” - „Ja to zrobiłem... Ja to zrobiłem, że nie macie dziś męża.” Po wojnie dowiedzieliśmy się, że Ojciec spędził w Wąbrzeźnie dwie doby, maltretowano go przez tych 48 godzin, bito i często przesłuchiwano. Rozstrzelano Go w Łopatkach - tam jest piaskownia w lesie i tam właśnie rozstrzeliwano. Po „usunięciu” Ojca Struwe zastanawiał się, jak pozbyć się reszty rodziny - Mamusi i nas. Chwytał się wszystkich możliwych środków - wysyłał nas na komisje do wszystkich wyjazdów na roboty do Niemiec, mówiąc nawet po jednym odesłaniu nas z powrotem: „To ja poprosiłem, żeby was cofnęli”, co było oczywiście kłamstwem. Struwe i szef niemieckiej „Samoobrony” Bormann podjęli nawet nieudaną próbę wysłania nas do Kielc, na teren Generalnej Guberni, gdzie jeszcze mogli przebywać Polacy - z Pomorza masowo wysiedlano, gdyż było ono uważane za niemieckie.



























Zobacz wywiad

Tydzień przed Wielkanocą, w nocy z 2 na 3 kwietnia, 1942 roku Struwe przyszedł do naszego domu z wachmanem, by oznajmić nam, że za 3 - 4 godziny zostaniemy wywiezieni do obozu koncentracyjnego. Mogliśmy zabrać tylko tyle, ile byliśmy w stanie unieść, dlatego, by wziąć jak najwięcej, Mamusia poubierała na nas po 3 ubranka- jedno na drugie. Nieśliśmy też pościel zawiniętą w tobołkach, a w naszych szkolnych tornistrach nie mieliśmy zeszytów i książek, jak zwykle, ale chleb, mleko i trochę innego jedzenia wziętego z domu. Z Pływaczewa zawieziono nas do Kowalewa Pomorskiego, a stamtąd na dworzec kolejowy do Wąbrzeźna. Z Wąbrzeźna pojechaliśmy pociągiem do Torunia, potem skręciliśmy na tamtejszą bocznicę i pojechaliśmy do obozu, zwanego przez nas później „Szmalcówką”, gdyż przed wojną na terenie obozu znajdowała się fabryka smalcu. Ludziom zabrano wszystko i rozrzucono wszystko po placu obozowym, nas zaś wpuszczono do opuszczonej hali fabrycznej i zakazano patrzeć w okna - na placu stali strażnicy z karabinami wycelowanymi w okna. Kiedy znowu wyszliśmy na plac zauważyliśmy, że zabrano wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, trudno było wśród rozrzuconych rzeczy odnaleźć coś swojego jednak zebrano swoje koce, pościel itp. W opróżnionej hali fabrycznej wydzielono ludziom miejsca do spania, wyglądające jak kojce dla bydła, pokryte słomą - była ona stara, stęchła, śmierdząca, aż roiło się w niej od paskudnego robactwa. Po Wielkanocy stworzono w obozie komanda pracy, dzieci musiały pracować od 6 roku życia. Mnie "przydzielono" do grupy dzieci, sprzątających plac obozu i teren wokół niego. Bezcenne były te momenty, kiedy strażnik otwierał nam bramę obozu i mogliśmy popatrzeć, jak toczy się normalne życie - poza bramami obozu. Czasami, kiedy wachman nie patrzył - a odwracał się czasem, np. by zapalić papierosa, jakby nie chciał tego widzieć, ludzie rzucali nam chleb lub jakieś inne jedzenie - chowaliśmy je wtedy szybko za koszulę i po powrocie dzieliliśmy się z innymi dziećmi. Mamusia na początku pracowała poza obozem - sprzątała wojskowe koszary. Niedziele w obozie były wolne od pracy, można było spacerować po placu, jednak nie wolno było zbierać się w większe grupki.



































Zobacz wywiad

Mamusia, jak przed wojną tak i w obozie, ubierała nas w takie same ubranka - my, chłopcy, zawsze wyglądaliśmy tak samo, a nasza siostrzyczka, Rita, miała dopasowaną kolorystycznie sukienkę. Pewnej niedzieli widzieliśmy, jak komendant obozu zawołał kapo - to był taki więzień, który miał pilnować nas, resztę więźniów - i wskazując na nas, rozmawiał z nim. Po chwili podszedł do nas i zapytał, gdzie jest nasza mama. Powiedzieliśmy, że w środku, w hali. Po chwili Mamusia dowiedziała się, że wzywa ją komendant obozu. Przestraszona poszła do jego biura. Po jakimś czasie rozmowy Mamusia wyszła i oznajmiła nam, że od tej pory będzie pracowała w obozowej kuchni. Po jakimś czasie do obozu zaczęły przychodzić listy oczerniające naszą rodzinę. Lager - komendant ponownie wezwał Mamusię, mówiąc, że zawiódł się na niej, jednak Ona powiedziała mu, że to kłamstwa i że wie, kto może tak źle mówić o naszej rodzinie. „To Karl Struwe, Niemiec z Pływaczewa!”. Komendant był bardzo zdziwiony, że wiedziała, kim jest autor tych listów, gdyż była to sprawa tajna, jednak to, co powiedziała mu Mamusia spowodowało, iż zaczął wątpić w treść owych listów i poradził Mamusi, by w takim razie zwróciła się o pomoc do znajomych Niemców. Pozwolił Jej napisać kilka listów i po jakimś czasie do obozu zaczęły nadchodzić odpowiedzi, dementujące jednoznacznie kłamstwa Struwego. Lager - komendant był zadowolony z pracy Mamusi w kuchni i po pewnym czasie zaproponował Jej pracę w swoim domu - miała opiekować się jego córkami, gotować, sprzątać. Mamusia dostawała przepustki, by mogła wychodzić z obozu i pomagała w domu lager - komendanta. Czasem wieczorami jedliśmy resztki jedzenia, jakie Mamusi udawało się przynieść. Pewnego dnia padła decyzja, by Mamusia pojechała z rodziną lager - komendanta na wakacje. Mama nie chciała jechać, martwiła się o nas, dlatego też lager - komendant udzielił przepustki także i nam, dzieciom. Porozjeżdżaliśmy się jako czasowo urlopowani z obozu, każde z dzieci do innego członka rodziny. Kiedy wróciliśmy z wakacji, okazało się, że wszyscy więźniowie zostają przeniesieni do nowo wybudowanego obozu w Potulicach. Obóz ten został wyzwolony przez wojska radzieckie i polskie 21 stycznia 1945 roku. Po opuszczeniu obozu zamieszkaliśmy na pewien czas w domu państwa Lipińskich - znajomych naszego dziadka, później zaś ruszyliśmy w drogę do domu, do Pływaczewa...”