Wersja polskaEnglish version




Inne obyczaje

Oto kilka innych kaszubskich zwyczajów:

Bożemęki

Na Kaszubach przydrożne krzyże czy kapliczki określano mianem "Bożamęka". Nazwy tej używali nawet miejscowi Niemcy.

Bożychmąk było i jest dużo, są one rozsiane przy skrzyżowaniach dróg polnych i publicznych traktów, a także w ogrodach wiejskich zabudowań. Wszystkie nosiły polskie napisy i były zjawiskiem świadczącym o polskim charakterze tej krainy.Bożemęki stawiali prywatni ludzie, a rzeźbili je samorodni mistrzowie. Ich wartość artystyczna zależna była od talentu wykonawcy oraz od wieku dzieła. Twórczość ta wyrosła z potrzeby przystrojenia otoczenia wokół siebie, a zarazem oddania hołdu Bogu jako stwórcy świata. Figury były zawsze rzeźbione w jednym klocku, dlatego w postaciach Chrystusa Frasobliwego nie spotyka się przykładów oddzielnie rzeźbionych i doprawianych rąk.Stare krzyże czy kapliczki przydrożne były symbolami tej ziemi, jej wiary. Katolicyzm był utożsamiany z polskością, a wyznanie ewangelickie z niemieckością.

Wiele Bożychmąk stawiano, zgodnie z wierzeniami ludowymi, w obronie przed "złymi mocami", przed diabłem, czarami czy nieszczęściami.

Po zakończeniu drugiej wojny światowej na Kaszubach powstało dużo nowoczesnych Bożychmąk, kutych w żelazie czy murowanych. Stawiano je jako podziękowanie za uzyskane łaski życia i zdrowia, czy przetrwanie w obozach koncentracyjnych. Są dowodem wykonania ślubów złożonych w niebezpieczeństwie. Rolnicy, którzy odbudowywali po wojnie zrujnowane domy lub budowali nowe, stawiali sakralne symbole w ścianach zewnętrznych domostw.

Powrót do początku Chceme le so zażec

Kaszubscy mężczyźni starszego pokolenia powszechnie zażywali tabakę, czyli "niuchali". Tabaka był to proszek mielony z liści tytoniu. Tabaka występowała w kilku gatunkach- w różnych odcieniach: żółta najłagodniejsza, brązowa i czarna - najostrzejsza. Tabakę przetrzymywano w tabakierkach wykonanych z różnych surowców i w różnych kształtach, od bardzo precyzyjnych rożków z rogów zwierzęcych, nieraz o dużych walorach artystycznych, do prostych drewnianych skrzynek lub pudełek, w zależności od pozycji materialno-społecznej zażywającego. W chłopskich kieszeniach najczęściej znajdowały się tabakierki z krowich lub kozich rogów.

W sklepach kolonialnych a nawet w karczmach wiejskich można było kupić każdą ilość i każdy gatunek tabaki. Kaszub mógł obejść się bez cygara czy papierosa, ale bez tabaki nie. Mówiono, że była potrzebna do utrzymania zdrowia. Uważano ją za środek leczniczy przy katarze i chrypce, a nawet przeciw zaziębieniu. Po zaniuchaniu tabaki kichało się, im głośniej i mocniej, tym lepiej. W wypadkach choroby korzystały z niej także kobiety, a nierzadko dawano i dzieciom.

Mówiono też, że zażywanie tabaki wpływa na wzrok, oczyszcza gałki oczne, oczywiście pod warunkiem, że zażyje się jej większą porcję, która spowoduje kichaniei szczypanie do łez, które wymywaj ą gałki oczne.

Zwyczaj zażywania tabaki był bardzo stary, przechodził z pokolenia na pokolenie.

Zażywanie tabaki miało swoje tradycje i prawa, było dozwolone wszędzie i zawsze, w każdej chwili i przy każdej okazji. Każda transakcja handlowa rozpoczynała się od zażycia tabaki. W kościele w czasie nabożeństwa mężczyźni podawali sobie z ręki do ręki tabakierkę, aż do opróżnienia. W czasie kazania księża robili przerwy, a słowami "Chceme le so zażec" proponowali sobie i innym tę przyjemność. Chory, niekiedy prawie umierający, także pragnął zażyć, wierzył, że to go odświeży. Warto zaznaczyć, że prawdziwy tobakórz nie kichał po zażyciu. Jeżeli kichnął, był to znak, że wypędził z siebie chorobę.

Podanie głosi, że pierwszy zaczął uprawiać tabakę na Kaszubach diabeł, stąd zwano ją diabelskim zielem. Teraz zwyczaj ten prawie już zanikł. Pozostały niezliczone gadki o tym, jak to ktoś komuś wyrządził psikusa dosypując do tabaki pieprzu czy ostrej papryki. Jak to wtedy kichano, ze aż buksy (spodnie) pękały w szwach lub jak następowała taka biegunka, że delikwent nie zdążył dość szybko opuścić spodni, a zawartość jelit była tak ostra, że przepalała kalesony i spodnie.

Powrót do początku Choroby i leki

Na Kaszubach w leczeniu chorób wykorzystywano doświadczenia lecznicze przejęte od dziadków. Najpierw kładziono chorego do łoża w ciepłe piernaty. Następnie podawano mu kubek gorącego mleka z miodem i masłem. Gdy ten pierwszy zabieg nie skutkował, używano napary z rożnych ziół, jak: owoc kopru, kwiat lipy i rumianku, jagody czarnego bzu, suszone jagody czernicy, podbiał czy szałwia. Każda domowa apteczka była bogato zaopatrzona w zioła, owoce, liście klonu, babki, nenufaru wodnego, suszone liście i owoce borówki, brusznicy czy maliny. Każdy z tych specyfików miał dokładnie określone zastosowanie. Tak na przykład liście nenufaru stosowano przeciwko wszelkiego rodzaju owrzodzeniom, liszajom i w przypadkach tzw. otwartych nóg, czyli pękania żył. Liść babki był nieodzowny przy skaleczeniach i zawsze skutecznie pomagał w gojeniu. Napary z kwiatu lipy i liści malin podawano przy przeziębieniach w celu wywołania potu wypędzającego zło z organizmu. Herbatę z liści czerwonej borówki - brusznicy pito przy zaziębieniu pęcherza moczowego. Kaszel zaś leczono najlepiej gorącym mlekiem z miodem i masłem oraz moczeniem nóg w wywarze z owsianej słomy.

Powrót do początku Darcie pierza

W okresie adwentu odbywało się darcie pierza; organizowano je po kolei u różnych gospodarzy. Wieczorem dziewczęta i kobiety zbierały się przy długim stole i darły pierze, to jest usuwały zgrubiałe części piór ptactwa domowego. Przy pracy tej opowiadano różne historyjki, legendy, a nawet bajki. Dowcipkowano i brano na ostre języczki niejedną pannę. Śpiewano pieśni nabożne i wesołe frantówki.

Tkactwo

Każdy rolnik uprawiał zagon lnu na własny użytek. Gdy len dojrzał, był wyrywany i czesany na grubej, drucianej szczotce, był - jak się mówiło - ryflowany, czyli usuwano główki nasienne. Potem rozkładało się słomę lnianą na rżysku lub ugorze na dwa do trzech tygodni. Następnie przez tydzień moczono w wodzie - w jeziorze lub stawie. Po wysuszeniu wkładano do pieca po pieczeniu chleba. Po dwóch dniach mężczyźni przychodzili z przyrządem zwanym cierlicą i międlili słomę oddzielając twarde łodygi od włókna.

Wszystkie dalsze czynności przechodziły w ręce kobiece. Garście włókna klepano kijanką na stojaku, przez co oddzielano paździerze od włókna. Tak oczyszczone pasma włókna czesano na gęstej szczotce zwanej kraca i segregowano według jakości na przednie, średnie włókna i lepsze paździerze. Potem len przechodził w ręce prządki, która w zależności od gatunku, przędła nici na kołowrotku na postawę (osnowę) i wątek. Nici były namotane na motowidło i wiązane w pasemka po sześćdziesiąt nitek. Dziesięć pasm tworzyło jeden łokieć. Łokcie były bielone chlorkiem.

Następnie rozpoczynała się czynność tkania. Nici - dwadzieścia do trzydziestu pasemek - nawijano na szpulki, a ze szpulek na snowadło. Nawijanie powtarzano tyle razy, ile nitek było potrzeba na odpowiednią szerokość płótna. Snowadło kręcił zawsze jakiś dzieciak chodząc w koło jak koń w maneżu. Przy zdejmowaniu ze snowadeł pleciono z nici jeden gruby warkocz, który następnie nawijano na krosna. Każdą nitkę przewlekano przez płochę i nicielnicę.

Płótna były białe lub tkane w kolorowe asy z dodaniem czerwonej lub niebieskiej bawełny. Obrusy i ręczniki tkano we wzory przez zwiększenie ilości nici w postawie. Tkano len na len, len na bawełnę, a także wełnę na bawełnę - w ten sposób określano rodzaj nici użytych na wątek i postawę.

Tego rodzaju tkactwo uważano za artystyczne i niewiele kobiet odważało się na tę czynność. Była ona bardzo pracochłonna i wymagała skupionej uwagi.

Powrót do początku Kaszubski gbur

Wyraz gbur oznacza chłopa pracującego na roli, na własnym dość zamożnym gospodarstwie.

Istnieje kaszubskie powiedzenie "gbur to mur", powstałe w czasie zaboru. Kryły się w nim dwie prawdy: że kaszubski chłop trzyma się twardo swojej ziemi i że nie da się wynarodowić. Cechowało go zawsze silne poczucie własnej godności i duma ze swego stanu posiadania. Gbur zawsze był i jest prawy, bez fałszu i udawania, a pod surową maską ukrywa czułe serce Słowianina, jest głęboko wierzący i wierny kościołowi. Ma za sobą tradycje osobistej wolności.

Kaszub jest człowiekiem twardym i upartym, dumnym, małomównym, a dużo myślącym. W latach międzywojennych na Kaszubach powstała żartobliwa charakterystyka Polaków z różnych dzielnic kraju

Galicjanin mówi i nie myśli, Kongresowiak mówi, a potem myśli, Wielkopolanin zaś najpierw myśli, a potem mówi. Natomiast Kaszub myśli, myśli i myśli, i nic nie mówi. Wreszcie macha ręką i mówi: "Nie warto!"

Mówiono też, że Kaszub widzi przez siedem desek i dlatego asekuruje się od jakichkolwiek wpływów z zewnątrz, a szczególnie ze strony Niemców. Stąd też miasta ulegały germanizacji, ludność wiejska zaś nie poddawała się, rozwijając własną, rodzimą kulturę. Świadczą o tym piękne okazy sztuki ludowej, rzeźbione świątki, krzyże, kapliczki. Wielu gburów stawiało je w swoich ogródkach czy na rozstajnych drogach swych pól.

Kaszubscy gburzy byli i są ściśle związani z kościołem katolickim, są bardzo religijni. Skłania ich ku temu ciężka i mozolna praca. Także sytuacje, w jakich często znajdowali się przy rybaczeniu czy karczowaniu lasów, bagien i nadjeziornych zarośli. W trudnej chwili składali przyrzeczenia i śluby. Lecz nie zdradzali się przed drugimi z treści ślubów,szczególnie jeżeli dotyczyły one wstrzymania się od alkoholu. Składający śluby bał się, że może być ośmieszony.

Kaszubi kłócąc się między sobą, nie pokazują swoich stanów wewnętrznych, nie dochodzi wśród nich do głośnych awantur czy bijatyk. Potrafią natomiast nie rozmawiać z przeciwnikiem, choćby był nawet bliskim sąsiadem, przez wiele lat. Długo zachowują ukrytą niechęć i złość, z trudem dają się nakłonić do zgody. Przyczyną jest przesadna ambicja i poczucie honoru, a nierzadko chęć postawienia na swoim.

Nieufność kaszubskich gburów wywodzi się z wielopokoleniowych doświadczeń. Byli bowiem tłamszeni i oszukiwani przez wrogów. Natomiast skoro się już do kogoś przekonają, wtedy są serdeczni i otwarci na stałe.

Charakterystyczną ich cechą jest gospodarność i zdolność radzenia sobie w każdej sytuacji. W rodzinie łączą się bardzo ściśle ze sobą. Jedno drugiemu służy pomocą w każdej chwili i potrzebie. W rodzinach w większości panuje nadal patriarchalny stosunek między dziećmi a rodzicami. Nierzadko bywa, że rządzącą osobą jest matka (matka powiedziała "basta", i też tak ma być).

W sumie można stwierdzić, że Kaszubi są zdyscyplinowani i ze zrozumieniem podporządkowują się przepisom prawnym - na zewnątrz. Ale swoje myślą i tego wewnętrznego przekonania strzegą jak skarbu. Osobistą wolność uważają za największą świętość.

Powrót do początku Pijaństwo to nałóg

Ujemną cechą Kaszubów było i jest pijaństwo. Już na początku XVII wieku ustawodawcy zmuszeni byli wydać zarządzenie o zakazie picia piwa przez chłopa pańszczyźnianego. Zakaz ten został ogłoszony w 1616 roku pod tytułem "ordynacja dla chłopów i owczarzy". Obowiązywał na całym zachodnim Pomorzu i ograniczał wiele dziedzin życia i zakorzenionych obyczajów.

Między innymi ordynacja omawiała sprawę picia piwa przez chłopa czy robotnika w czasie uroczystości rodzinnych czy świąt kościelnych. Nasi przodkowie nieźle musieli gasić pragnienie i ucztować, skoro ordynacja nakazywała, że na przykład na uczty weselne wszyscy chłopi, sołtysi, młynarze i owczarze w kraju mogą zapraszać wyłącznie najbliższych krewnych, jednak nie ponad trzy stoły, przy każdym po dziesięć osób wraz z młodym małżeństwem i zaproszonym proboszczem. Zaproszenie lub podejmowanie większej liczby osób miało być karane grzywną. Ograniczano także liczbę posiłków: mogło ich być tylko dwa, i to w pierwszym dniu wesela jeden i w drugim jeden posiłek złożony z trzech zwykłych dań. Piwa zaś nie więcej można było wypić jak sześć beczek. Również i w tym wypadku przekroczenie normy groziło karą pieniężną. Podobne zakazy obowiązywały przy chrzcinach i stypach pogrzebowych.

Tak typowa niegdyś dla Kaszubów skłonność do nadużywania napojów alkoholowych również i dziś często występuje. Tłumaczy się to rzekomo wykonywanymi przez tutejszą ludność zawodami: rybołówstwem i rolnictwem. Rybacy mając do czynienia z wodą, czyli płynem, mówią: "Płyn chłodzi, ale też i grzeje". A że woda przybrzeżna jest słona - zawsze mają pragnienie, które musi być zaspokojone.

W przeszłości, a zapewne i w nowszych czasach, znane były wyrzeczenia się picia wysokoprocentowych napojów w czasie misji urządzanych przez kościoły. Kaznodzieje gromili z ambon pijaków ciętymi słowami. Doprowadzali ich do skruchy i do składnia obietnic, że wyrzekną się wódki. Jednak łatwo się było wyrzec, gorzej powstrzymać od pociągania gorzałki w święta czy uroczystości rodzinne. Toteż wielu wracało do nałogu, niejednokrotnie zadłużając się z tego powodu przez pożyczki bankowe, na hipotekę czy u prywatnych lichwiarzy. Doprowadzało to do bankructwa i sprzedaży posiadłości drogą licytacji. Nierzadko pijaństwo odbijało się na psychice i moralności pijaka, rujnowało też życie rodzinne.

Powrót do początku Swaty i wesela

Na Kaszubach jeszcze w okresie międzywojennym kojarzeniem par małżeńskich zajmowali się swatowie, tzw. rójcy. Rójcow spotykało się prawie w każdej wiosce.

Ojciec mając córkę w wieku dojrzałym zwracał się do rójcy, by mu ją wyswatał. Z nim ustalał sprawę posagu córki, wskazywał mu upatrzonego kawalera oraz uzgadniał wynagrodzenie za swaty. Było utarte przekonanie, że rójca spełniający dobrze podjęte zobowiązanie musiał zarobić co najmniej tyle, ile kosztowały buty z cholewkami. A bywało, że stawki były bardzo wysokie.

Swat w czasie wesela był honorowym gościem, traktowanym na równi z pierwszym drużbą. Czasem osobiście zapraszał gości na wesele. Odświętnie ubrany, w czarnym kapeluszu z kolorowymi wstążkami i kwiatami, chodził od domu do domu stukając do drzwi laską, również przybraną pękiem wstążek z kwiatami. Jeżeli jeździł konno, to całą ozdobę przypinano koniowi. Zaszczyceni zaproszeniem wręczali mu datek pieniężny lub też gościli go serdecznie.

Wesela bywały z zasady bardzo huczne i trwały niekiedy przez trzy dni. W wieczór przedweselny urządzano tzw. poltrowanie (poltrówkę). Młodzież męska miejscowa i z wiosek sąsiednich schodziła się pod drzwiami domu weselnego ze starymi garnkami, szkłem i butelkami, tłukąc to wszystko "na szczęście". Im bardziej panna była znana w okolicy, tym więcej przybywało poltrowników. Panna młoda wykupywała się częstując ich plackiem i wódką. W dzień wesela wczesnym rankiem pan młody musiał uprzątnąć to całe rumowisko. Na weselach przygrywała do tańca kapela okolicznych grajków. Przed północą odbywał się brutczi tuńc. Polegał on na tym, że panna młoda musiała zatańczyć z każdym, kto rzucił pieniądz na postawiony w tym celu talerz. Nieraz zbierały się z tego duże kwoty dla młodego małżeństwa. W czasie wieczerzy kucharka chodziła z chochlą zbierając pieniądze dla siebie.

Powrót do początku Pogrzeby

W ostatni wieczór i noc przed pogrzebem odbywała się tzw. pusta noc. Schodziło się wiele ludzi i przez całą noc śpiewano nabożne i żałobne pieśni, a także modlono się wspólnie. Uczestników pustej nocy częstowano jadłem, piwem i wódką. Im więcej wypito "wysokoprocentowej", tym gorliwiej się modlono. Zwyczaj ten przetrwał aż do wybuchu drugiej wojny światowej.

W dzień pogrzebu wszyscy obecni otrzymywali śniadanie składające się z bułek z masłem, kiełbasą i serem oraz zbożowej kawy z mlekiem.

Po ceremoniach pogrzebowych odbywała się stypa dla najbliższej rodziny i zaproszonych gości. W zależności od zamożności rodziny stypy były skromniejsze lub bogatsze.

Obecnie przez wszystkie wieczory przedpogrzebowe schodzą się ludzie na odmówienie pacierza i zaśpiewanie kilku żałobnych pieśni. W ostatni wieczór otrzymują poczęstunek i trochę alkoholu. Zwyczaj urządzania styp przetrwał do dnia dzisiejszego.

Powrót do początku Wypędzanie szczurów

W pierwszych latach po pierwszej wojnie światowej pojawiło się na Kaszubach dużo szczurów. Organizowano ich wypędzanie. W wybranym dniu należało znaleźć jakąś część od wozu. Trzeba ją było wsunąć pod strzechę, nie patrząc ni w bok, ni w tył i wypowiedzieć na głos formułkę: "Kochane szczury, bądźcie tak dobre i odejdźcie ode mnie, przenieście się do (tu wymieniano komu chciano je przekazać)". Szczury spełniały prośbę i przenosiły się. Nowe pojawiały się dopiero w następnym roku.

Byli też specjalni zaklinacze szczurów. Grając na fujarce smętne melodie potrafili w tajemniczy sposób wyprowadzić niepożądanych lokatorów, nawet na dalszą odległość. Najchętniej zaklinacze czynili to w dzień św. Medarda - patrona szczurów.

Zaklinacz był powszechnie szanowany i każdy chciał żyć z nim w zgodzie, aby. zabezpieczyć się od gryzoniów, które są najbardziej nie lubiane w obejściu gospodarczym.

Powrót do początku Wypiek chleba

Chleb pieczono na kwasie, w późniejszych latach na drożdżach. Przy każdym wypieku zostawiano kilka łyżek wyrośniętego i gotowego do pieczenia ciasta, przeznaczonego na zaczyn kwasu. Przechowywano je w ceramicznym garnku. Aby uzyskać kwas, zalewano to ciasto ciepłym mlekiem i już rozcieńczone zasypywano mąką, pozostawiając do następnego dnia w ciepłym miejscu. Gdy zaczyn dobrze urósł, dodawano go do ciasta przygotowanego z mąki, wody lub mleka albo maślanki i osolonego do smaku. W uboższych domach dodawano tartych surowych i gotowanych kartofli. Ciasto na chleb wyrabiano w specjalnym korycie lub koponce (drewnianej niecce) wieczorem, w przeddzień pieczenia. Rano ugniatano z mąką i formowano duże bochenki.

W czasie, gdy ciasto rosło, nagrzewano specjalny piec, murowany z cegły o szamotowym dnie, zwykle stojący w pewnej odległości od zabudowania. Do nagrzewania pieca najchętniej używano drewna dębowego lub bukowego. Gdy był dostatecznie nagrzany, usuwało się grelką, czyli specjalną drewnianą łopatą, resztę zwęglonego drewna. Potem wymiatano dno pieca pomiotłem, czyli zawieszoną na drążku mokrą szmatą. Do tak oczyszczonego pieca wsuwało się bochenki za pomocą szybra. Przeciętnie w piecu mieściło się do dwudziestu pięciu bochenków.

Pieców chlebowych było we wsi kilka. Za korzystanie z pieca pracowało się dwa lub trzy dni w czasie żniw lub przy kartoflach. Najchętniej, rodziny piekły chleb zaraz jedna po drugiej ze względu na oszczędność opału i okazję do pogaduszek.

Z reszty ciasta chlebowego pieczono małe bocheneczki, tzw. kukle; przygotowywano ich tyle, ile było osób w rodzinie i kilka nadto na poczęstunek w razie, gdyby się zjawił ktoś w domu czy obejściu gospodarczym. Nie zdarzyło się, by ktokolwiek odmówił przyjęcia kukli.

Powrót do początku

Tekst pochodzi z książki pani Władysławy Knosały "Utrwalić Pamięć, o rodzinie Styp-Rekowskich z Płotowa", Olsztyn 1994

Copyright © 2003 by Danny